
Minęło 3 miesiące od 69. finału Konkursu Piosenki Eurowizji i, zgodnie z obietnicą (daną samemu sobie), przyglądam się nieco bardziej szczegółowo wynikom konkursowych piosenek – nie tylko jeśli chodzi o głosowanie, ale też w przekroju sukcesu komercyjnego, czyli wyników streamingowych.
Eurowizja to kulturowy ewenement. „Tradycyjne” festiwale muzyczne transmitowane w TV, z roku na rok, wraz z odpływem młodych widzów, tracą na znaczeniu w branży muzycznej, podczas gdy Konkurs Piosenki Eurowizji od lat radzi sobie zaskakująco dobrze, a po pandemii przeszedł istny renesans.
Według Europejskiej Unii Nadawców, SHR% finału był największy od 2004 roku, a w grupie 15–24 – największy w historii, a to właśnie ci widzowie są „najcenniejsi” w kontekście konwersji na streaming. I to zainteresowanie wyraźnie widać w danych.
Polska (nie mylić z polską piosenką) w topce eurowizyjnych streamów
Żeby zweryfikować to twierdzenie, dla wybranych krajów (tych, które wystąpiły w tym roku na Eurowizji, ale też kilku innych) zmierzyłem dzienną liczbę odtworzeń piosenek z konkursu w relacji do wielkości danego rynku. Żeby wyeliminować wpływ lokalnych propozycji, uwzględniane są wszystkie utwory, z wyłączeniem tego, który reprezentował dany kraj (czyli dla Polski uwzględnionych zostało 36 pozycji, z wyłączeniem „Gai” Justyny Steczkowskiej).
Na poniższym wykresie widać, jak zmieniało się zainteresowanie konkursem w poszczególnych krajach aż do momentu finału (pionowa linia). Kraje uszeregowane są pod względem skumulowanego udziału w rynku w okresie 1.05–18.06.

Wynik dla najważniejszych krajów pokrywa się z oficjalnie podanymi wynikami oglądalności: Islandia (97,8%), Finlandia (90,5%), Szwecja (89,6%), Norwegia (85,4%); później zdarzają się pewne rozbieżności, jednak zależność jest tutaj oczywista.
Czy streaming przewiduje wyniki Eurowizji?
Marzeniem każdego kraju jest oczywiście wygrana w konkursie, a więc zebranie największej liczby „eurowizyjnych punktów” w głosowaniach jury i telewidzów. Nic więc dziwnego, że każdego roku wyniki są szczegółowo analizowane przez fanów konkursu szukających przyczyn „co zadziałało”, a co „poszło nie tak”.
Niestety, tego typu analizy oparte są co najwyżej na mocno subiektywnych odczuciach, bo ani oni, ani organizatorzy nie mają odpowiednich danych. Nawet najbogatsze kraje nie robią badań fokusowych czy wywiadów pogłębionych, tak jak robią telewizje dla swoich flagowych programów (albo partie polityczne przy okazji wyborów!), bo po prostu byłoby to niesamowicie drogie. Takie badania trzeba by przeprowadzić na licznej grupie respondentów w wielu krajach i, o ile znam stawki rynkowe, koszt przewyższałby roczną składkę TVP do EBU.
Ale nie możemy się poddawać i trzeba szukać alternatywnych źródeł informacji, a takimi zdecydowanie są wyniki piosenek konkursowych w serwisach streamingowych. Analiza, jaką możemy przeprowadzić, jest bardzo prosta. W każdym kraju układany jest ranking utworów względem liczby odtworzeń za okres od 1 kwietnia do 12 maja (tak, aby ogłaszane wyniki półfinałów czy finału nie wpływały na wartości), a następnie korelowany jest z wynikami w finale Eurowizji.

Stąd płynie kilka ciekawych wniosków. Po pierwsze, korelacja między wynikami w streamingu a głosowaniem telewidzów jest wyraźna, choć w dużej mierze zależy od kraju – generalnie tam, gdzie względna liczba odtworzeń była wysoka (Chorwacja, Grecja, Włochy czy Polska), zbieżność wyników jest duża. Z kolei w krajach, gdzie zainteresowanie konkursem jest niskie (Francja, Wielka Brytania, Irlandia), wyniki dość mocno odbiegają od modelu streamingowego. Wyjaśnienie jest dość proste – im większa część wspólna grupy „televotingowej” oraz „streamingowej”, tym anomalii będzie mniej.
Nie jest też zaskoczeniem, że model streamingowy bardziej koreluje z wynikami televotingu niż z głosowaniem jury i to praktycznie nie zmienia się aż do pierwszego półfinału. Po pierwszym półfinale korelacja mocno spada (bo szeroko zaprezentowana jest tylko część utworów konkursowych), a peak zbieżności występuje dzień po finale ESC:

Do ciekawych wniosków można dojść, analizując outliery, czyli kraje, które wyraźnie odbiegają od przewidywanych na podstawie liczby odtworzeń pozycji. Niekwestionowanym „liderem” jest tu propozycja Izraela, która, choć wygrała w głosowaniu telewidzów, nie była specjalnie popularna w serwisach streamingowych, co wiązane jest z dużą mobilizacją izraelskiej diaspory. Podobne anomalie można zaobserwować w przypadku Ukrainy (głosowania w Polsce, Czechach, Hiszpanii czy Portugalii), Albanii (Grecja, Szwajcaria, Francja) i oczywiście… Polski.
Polska była drugim krajem po Izraelu, który miał największą różnicę pomiędzy wynikiem w głosowaniu telewidzów a liczbą odtworzeń. Zyskaliśmy mocno w krajach takich jak Islandia, Irlandia, Norwegia czy Holandia, a więc w tych, gdzie nasza diaspora jest bardzo znacząca. I oczywiście trzeba pamiętać, że na głosowanie telewidzów wpływa wiele czynników – nie tylko sama piosenka, ale oczywiście też sam występ na żywo, ale myślę, że z dużą dozą pewności możemy powiedzieć, że tegoroczna propozycja Polski była po prostu słaba. I oczywiście nie chcę tutaj dyskredytować Justyny Steczkowskiej, która wycisnęła z „Gai” tyle, ile się dało, ale jak widać, nie wystarczyło to, żeby zająć wysokie miejsce w konkursie.
Dlaczego Polska ciągle przegrywa nie wygrywa?
Polska w Konkursie Piosenki Eurowizji jest od 1994 roku i najwyżej zajęliśmy 2. miejsce, gdy reprezentowała nas Edyta Górniak, która zgarnęła dywidendę kraju debiutującego (a przy okazji świętującego zmianę ustroju). Tego wyniku nie udało się nam pobić, a Polska jest największym krajem spośród tych, które nigdy nie wygrały konkursu.
Przyczyn naszych niepowodzeń (przynajmniej w ostatnich 4 latach) trzeba szukać przede wszystkim w samej TVP. O ile tegoroczna organizacja, a przede wszystkim regulamin preselekcji, były naprawdę dobrze przemyślane, to już w poprzednich latach skandal gonił skandal. Czasem był to zwykły chaos (2021 rok, kiedy dwa zespoły organizowały wyjazd do Rotterdamu, nie wiedząc przy tym o swoim istnieniu), a czasem polityka (2023, kiedy Jann nie pasował do prawicowej wizji świata), chociaż jeśli ktoś myśli, że po zmianie władzy coś się zmieniło, to nie do końca (patrz: Justyna Steczkowska, która musiała przejść przez czyściec „15 października”, żeby móc pojechać do Bazylei).
Nie omawiam wszystkich szczegółów, ale trzeba wiedzieć, że takie informacje się niosą, co rzutuje potem na chęć udziału artystów w konkursie. Bo układy i układziki były zawsze, ale jeśli na taki konkursik wpływa krajowa polityka, to coś jest poważnie nie tak i obawiam się, że po 2028 roku może być tylko gorzej (tj. po planowanych wyborach parlamentarnych, chyba że odbędą się wcześniej). O ile Polska w ogóle będzie uczestniczyć w konkursie.
Eurowizja jako trampolina (i ryzyko) dla artystów
Sami artyści mają raczej ambiwalentny stosunek do Eurowizji, bo wizerunkowo ponoszą ogromne ryzyko, że pójdzie coś nie tak (patrz: Blanka i hejt po wygranej w polskich preselekcjach), ale z drugiej strony korzystają z gigantycznych zasięgów, jakie generuje konkurs. Według IMM w tym roku o Konkursie Piosenki Eurowizji pojawiło się w polskim internecie 95 tys. publikacji o łącznym zasięgu 1 mld i ekwiwalencie reklamowym rzędu 136 mln zł.

To oczywiście przekłada się na konsumpcję samej muzyki. Do sierpnia „Gaja” została odtworzona blisko 20 mln razy w serwisach streamingowych, stając się w 3 miesiące najczęściej odtwarzaną piosenką Justyny Steczkowskiej, co – jak na ponad 30 lat kariery – jest niezłym wynikiem. Warto też zaznaczyć, że prawie połowa odtworzeń „Gai” pochodziła spoza Polski. Ciągle nieprześcignionym polskim hitem eurowizyjnym pozostaje „Solo” Blanki, które odtworzono łącznie blisko 160 mln razy, stając się – pod kątem wyników – jednym z największych polskich hitów w historii.

Nie tylko jeden utwór – jak rosną całe katalogi
Na Eurowizji zyskują nie tylko piosenki konkursowe, ale całe katalogi artystów. Przykładowo, „Dziewczyna szamana”, opus magnum Justyny Steczkowskiej, odnotowało kilkusetprocentowy wzrost liczby odtworzeń tuż po wygranej w polskich preselekcjach i potem po występie w majowym finale, a „echo” konkursu utrzymuje się przez kolejne tygodnie.

Argumenty „performance’owe” burzą narrację, która czasem się pojawia w dyskusjach, że start w Eurowizji jest cholernie drogi i jeśli nie ma się sponsora, to nic się nie ugra. Widać jednak, że nawet jeśli artysta lub jego wydawca ponoszą jakieś koszty z tytułu wyjazdu, w perspektywie wzrostów przychodów samej piosenki konkursowej, ale też całego back catalogue, może być to zyskowna inwestycja, o ile wszystko się dobrze przeliczy.
Eurowizja jako inwestycja z potencjałem
I wydaje się, że pieniądze są tutaj kluczowym elementem sukcesu w konkursie. Jeśli wszystkie zainteresowane strony – TVP, wykonawca, jego management i wydawca – zdadzą sobie sprawę z tego, że obecność w konkursie to ogromna szansa i potencjalna inwestycja ze świetną stopą zwrotu, możemy naprawdę liczyć na dobre miejsca. Ale trzeba pamiętać, że dobre inwestycje się planuje, a ciężko planować coś, jeśli nie zna się zasad, a póki co TVP nie potwierdziła nawet, że wyśle swojego reprezentanta w 2026 roku.